Poród przy pierwszym dziecku trawa przez wiele godzin? a młoda mama ma mnóstwo czasu od pierwszego skurczu, aby dojechać do szpitala zanim dziecko pojawi się na świecie? Nic bardziej mylnego i nie mam pojęcia kto tak powiedział, ale ja stanowczo dementuje te plotki 😉 Od początku mówiłam, że szybko urodzę, ale nikt mi nie chciał wierzyć, a tu proszę- niespodzianka! Zaledwie 4 godziny i po bólu 😉
Poród – obiecałam, że napiszę jak to u mnie było, ale nie spodziewajcie się traumatycznych przeżyć, bo nic takiego się nie wydarzyło 😉 Tak naprawdę to miałam ogromnego farta. Cała akcja porodowa przebiegała, w ekspresowym (a nawet trochę zastraszającym tempie ;)). Chciałabym, tu z tego miejsca obalić mit, który głosi, że pierwsze dziecko przechodzi bardzo długą drogę za nim powitamy je na świecie, a młoda mama męczy się przez wiele godzin nim maleństwo wtuli się, w jej ramiona. Nie dajcie sobie tego wmówić, bo to bardzo indywidualna kwestia.
Ale może zacznijmy od początku 🙂
Godzina 24, mąż już obok smacznie spał, a ja zdążyłam przymknąć oko i nagle zerwał mnie z łóżka ból bliżej mi nieznany. Pobiegłam do łazienki i poczułam, że zaczęły delikatnie sączyć się wody. Wtedy jeszcze nie byłam pewna czy to płyn owodniowy, ale jedno było dla mnie już jasne: moje dziecię właśnie rozpoczyna swoją drogę do taty i mamy 😉
Co wtedy zrobiłam? A no usiadłam sobie spokojnie, w łazience i pisałam wiadomości do mojej Justynki, żeby poinformować o umówionych spotkaniach mających odbyć się następnego dnia i że mimo szczerych chęci chyba nie uda mi się na nie dotrzeć ;).
No dobrze sprawy organizacyjne załatwione, a ja się dalej obserwuje. Skurcze już, co 6 min, ale w głowie cały czas słowa położnej wypowiedziane 2 dni wcześniej „Pani Justyno jak poczuje Pani pierwszy skurcz, chciałabym żeby się Pani przez 2 godziny poobserwowała i po tym czasie do mnie zadzwoniła poinformować o przebiegu sytuacji”. No to czekałam, bo nie chciałam robić z siebie przewrażliwionej matki wariatki 😉 Kiedy wody chlusnęły mi na podłogę postanowiłam jednak obudzić mojego niczego nie podejrzewającego męża. Weszłam pod prysznic i liczyłam odstępy między skurczami oraz długość ich trwania. Jakby nie patrzeć odstępy już mniej więcej 5 minutowe i trwające ok 15-20 sekund (były już naprawdę silne, ale jeszcze do wytrzymania).
Żeby było śmieszniej, przez cały czas byłam na gorącej linii (zresztą całkiem przypadkowo) z moją nieocenioną Basią, na której pomoc zawsze mogę liczyć. Początkowo starała się mnie uspokoić (nie świadoma powagi sytuacji) i iść spać, jednak po opisaniu przeze mnie przebiegu akcji, kazała w jednej chwili pędzić do szpitala 😉 Hymmm, pomyślałam: „o kurcze, skoro taka racjonalna i opanowana osoba jak Basia piszę, żebym natychmiast jechała do szpitala, to chyba czas zadzwonić do położnej ;)”
Tak więc dzwonie chociaż minęła zaledwie godzina, ale wody odeszły, a skurcze co 4 min (no i Basia ;))
Pani Krysia odebrała bardzo szybko, a ja syczącym już głosem powiedziałam, że zaczęłam rodzić. Pani Krysia z pełnym spokojem w głosie odpowiedziała: „ Spokojnie, weź sobie no-spe forte, idź pod prysznic i dalej się obserwuj”. Jednak jak poinformowałam, że skurcze co 4 minuty, wody płodowe odeszły, a pod prysznicem to ja już dawno byłam, kazała natychmiast przyjeżdżać 😉
Uff co za ulga, nie zostałam posądzona o żadnego bzika 😉 To teraz szybka akcja: mąż złapał za walizkę, a ja w ostatniej chwili Go zatrzymałam, bo jeszcze kosmetyczka 😉 w szpitalu przecież też trzeba wyglądać jak człowiek. Mimo tego, iż zebraliśmy się szybko, podczas drogi skurcze były już, co 2 minuty (tak, z bardzo dużym nasileniem;)). Co za szczęście, że to była noc, bo przecież do szpitala 25 km i gdybyśmy wpakowali się w korki to myślę, że nasz samochód szybko zamieniłby się, w sale porodową.
Po 15 min zobaczyliśmy bramę szpitala i mogłoby się wydawać, że jesteśmy na miejscu, ale gdzież tam, to nie takie proste. Przecież do szpitala nie jest tylko jedna brama więc ku mojej „radości” okazało się, że oczywiście wybraliśmy tą złą (chciałam zaznaczyć, że wtedy skurcze były już co 1,5 min, a o ich nasileniu nie warto wspominać ;)) Kiedy w końcu udało nam się dostać do prawidłowego wejścia i trafiłam do lekarza, okazało się że rozwarcie mam 2 cm. Zostałam poinformowana o możliwości przyjęcia znieczulenia. Wyobrażacie sobie? Oni mnie, w tej sytuacji pytają czy chce znieczulenie? To tak jakby uzależnionego od alkoholu zapytali czy chce setkę 😉
Ale ale, nie tak łatwo trafić na sale porodową. Zanim zdążyłam na chwiejących już nogach i co chwile uginających się kolanach tam dotrzeć, musiałam podpisać szereg papierów wyrażających bądź nie wyrażających zgody na najróżniejsze rzeczy mogące wydarzyć się podczas porodu. Kiedy w końcu udało mi się dopełzać na łóżko, na którym miał wydarzyć się ten wielki cud, musiałam podpisać jeszcze zgodę na to nieszczęsne znieczulenie. Szczerze? W tym momencie podpisywałam już wszystko jak leci, wiec mam nadzieje, że w najbliższym czasie nie dostane ponaglenia o spłacie kredytu 😉
Aaaa- mój mąż, zapomniałam napisać o moim mężu. A no mój mąż Kochane kobitki, siedział sobie spokojniutko obok na krześle i ciągle coś do mnie paplał, nie dając mi się skupić na oddechu. I tylko raz na niego krzyknęłam, przysięgam, że tylko raz 😉 jak na mój charakterek byłam nad wyraz spokojna 😉 To prawda- był momentami irytujący, ale dobrze że był.
Pani Krysia, niesamowita kobieta była dla mnie ogromnym wsparciem. Bez niej byłoby ciężko. I chociaż już wiem jak przebiega poród, to następnym razem bez wahania wykupiłabym położną. Informowała mnie o wszystkim i instruowała chociażby jak mam oddychać. Okazuje się, że oddech jest niezwykle ważny i wykonując go prawidłowo można sobie znacznie ulżyć, w bólach. Zanim dostałam znieczulenie jeszcze musieliśmy poczekać na wyniki morfologii czy w ogóle mogą mi podać- i znowu stres, a jak wynik będzie nieprawidłowy? Przecież pogryzę łóżko z bólu- ehh, chociaż nie będę głodna (we wszystkim trzeba widzieć pozytywne strony ;)) W między czasie rozwarcie szło idealnie do przodu.
Nareszcie jest decyzja- co za ulga, mogę dostać znieczulenie. Zabieramy się do roboty 😉 Najpierw na boku, podpięta pod KTG, następnie, w pozycji na tzw. pieska (oparta na łokciach i kolanach, z kręcącym w górze kuperkiem ;)) i finalny etap- przy 10 cm już rozwarciu, na plecach. Trzy skurcze parte i mogłam już tulić swoją kruszynkę.
Uczucie pierwszego spotkania ze swoim dzieckiem jest niesamowite i warte każdego bólu, ale jak można sobie w nim ulżyć to korzystajcie dziewczyny z każdej możliwości, jaką Wam zaproponują. Ja zostałam dodatkowo delikatnie nacięta (4 szwy). Wcześniej mnie oczywiście o tym poinformowano, ale od początku byłam zdania, że wolę być nacięta niż miałabym niekontrolowanie popękać, a i dziecko zdecydowanie mniej się męczy, przeciskając tą swoją niby „maleńką” główkę przez kanał rodny.
No dobrze, troszkę się rozpisałam 🙂 Podsumowując- mój poród był bez problemowy i szybki. Od pierwszego skurczu do spotkania z moją córeczką minęły zaledwie 4 godziny. Chcecie wiedzieć dlaczego? To bardzo proste: ja sobie to po prostu wszystko zaplanowałam i z wizualizowałam. Cały poród od początku do końca był zapisany, w mojej mapie marzeń (tak, tak, w mapie marzeń i wcale nie jestem żadną czarownicą ;)) szczerze wierze, że jeśli czegoś bardzo chcemy i pozytywnie o tym myślimy, to musi się spełnić- czego i Wam z całego serca życzę 🙂
Aaa, jeszcze ten mój spokojniutki mąż 🙂 Był zachwycony i cały w skowronkach. Zanim przyszedł do mnie z Nelką, zdążył porozsyłać do wszystkich wiadomości, zupełnie nie zważając na bardzo wczesną porę, bo niby kto dumnemu tatusiowi zabroni? 😉